Instruktor Fitness – chcesz nim być?

Instruktor Fitness – chcesz nim być?

Ostatnie posty poświęcone aktywności fizycznej oraz ich różnym rodzajom nie pisałam jako totalny laik tematu. Nie chce na swoim blogu poruszać kwestii modnych, jak typowy Polak: „Nie znam się, ale się wypowiem”.

Już dobre 5 lat temu ukończyłam swój pierwszy kurs instruktora fitness, dzięki któremu posiadam nie małą wiedzę odnośnie ruchu, ciała człowieka i znaczenia aktywności fizycznej.  Nadszedł więc moment, kiedy mam potrzebę wytłumaczenia Wam jak taki kurs wygląda, jak przebiega, czego się nauczycie oraz czy warto.

Po pierwsze – ja nigdy nie byłam super sportowcem. To nie jest tak, że na wf-ach śmigałam jak strzała i jeździłam na wszystkie zawody sportowe. Nie, nie i nie. Byłam typowym molem książkowym, kujonem, jak zwał tak zwał, ale ze sportem w znaczeniu gier zespołowych, było mi jakoś nie po drodze.

Fascynował mnie jednak ruch w postaci tańca. Wszelkie formacje tańca ludowego w szkole podstawowej,  przez taniec towarzyski po indywidualną naukę tańca nowoczesnego z przyjaciółką w latach liceum. Podglądanie filmików na YT i tworzenie własnych choreografii.

Psiapsióła była w tym lepsza, chodziła na lekcje w mieście, więc co mogła przekazywała mi. Uwielbiałam to i uwielbiam po dziś! Mam wyczucie rytmu, świetnie słyszę muzykę, tak więc taniec, czyli ruch w rytm muzyki, było dla mnie spełnieniem. Po ukończeniu liceum, przejściu na studia nie chciałam z tego rezygnować, jednak czułam, że nie o sam taniec mi chodzi.

Poczułam fascynację pracy nad własnym ciałem, budowaniu sylwetki, i o zgrozo! Odchudzaniu się. Na szczęście nie popadłam w żadne fanaberie czy choroby, potrafiłam wszystko wyważyć, pod względem dietetycznym jak i fizycznym.

Podczas tych poszukiwań trafiłam na aerobic. Nie na zajęcia. Od razu dostałam propozycję poprowadzenia zajęć, co napawało mnie strachem. Szybkie przeszkolenie w krokach i od następnego dnia miałam poprowadzić grupę 6 zapalonych babeczek w zastępstwie. To zastępstwo tak mi się spodobało, że w Gminnym Ośrodku działałam kolejne dwa lata!

To był moment, kiedy załapałam fitnessowego bakcyla. Wsiąknęłam na amen! To było dla mnie spełnieniem marzeń – móc połączyć taniec z aktywnością fizyczną! Treningi w rytm muzyki – to jest to!

Gdy tylko znalazłam pierwszy lepszy kurs w najbliższej okolicy – skorzystałam z niego. Nie pytajcie dziś o finanse – lata pomaturalne minęły mi na zmienianiu studiów (aż trafiłam na ukochaną dietetykę) i na ciągłych wyjazdach za granicę (które trwały nie dłużej niż 5 miesięcy jednorazowo).

Pierwszy ukończony kurs otworzył mi oczy na to, z czym zamierzam łączyć przyszłość. Odkryłam, że fitness jest bardzo modnym ruchem, prężnie rozwijającym się w Polsce, ale też zawód instruktora niesie za sobą wielką odpowiedzialność.

Pomimo, iż zajęcia prowadzisz dla grupy ludzi, musisz zadbać o bezpieczeństwo każdego. Dopilnować techniki wykonywanych ćwiczeń. Utrzymywać tempo z grupą i z muzyką. Jako instruktor masz dbać nie tylko o formę innych, ale przede wszystkim swoją. I jeszcze jedno – ruch ma być pomocą i lekarstwem, a nie szkodą.

Sam kurs trwał 3 miesiące (zjazdy co drugi weekend). Obejmował tematy: anatomii, mechanizmów ruchu, podział różnych form aerobicu: BPU, TBC, STEP. Szkoda tylko, że po jego ukończeniu dostałam tylko marny dyplomik.

Później poleciały mniejsze szkolenia, ale czułam niedosyt. Czułam się małym instruktorem, bez legitymacji, takim nic nie znaczącym robaczkiem. Dlatego postanowiłam ukończyć tygodniowy, wakacyjny kurs na Instruktora Fitness w jednej z większych szkół, której nazwy nie chcę wymieniać.

Kurs był dla mnie niezwykle ciężki. W ciągu tygodnia przeczesaliśmy tematykę jeszcze bardziej obszerną niż na wcześniejszym kursie. Codziennie całe dnie spędzane na liczeniu taktów, ćwiczeniu kroków, poprawie techniki podstawowych ćwiczeń. Do tego cała niedziela spędzona na teorii anatomii, biochemii – ogólnie nad ciałem człowieka. To było coś! Gdyby nie wiedza z pierwszego kursu – mogłabym sobie nie dać rady.

Osoba prowadząca kurs stała się dla mnie mentorem świadomości ciała i chęci pracy nad nim. Wpajała nam całą wiedzę z wielkim zapałem. Była to idealna osoba na swoim miejscu.

Kurs ten nie tylko dał mi papierek o którym marzyłam. Dał mi również pewność siebie. Utwierdził w tym, że TO chcę robić, w tym kierunku iść, rozwijać się. Wtedy właśnie postanowiłam próbować swoich sił w prawdziwym klubie fitness. I udało się!

Przez rok pracowałam prowadząc zajęcia różnego rodzaju:  Body Shape, Totall Body Conditional, Step dla początkujących, Sztangi. Byłam nawet jednym z opiekunów na obozie sportowym karate dla dzieciaków, gdzie miałam pod swoimi skrzydłami nastolatki. Cały czas też prowadziłam zajęcia po różnych miejscowościach, gdzie świadomość ruchu i aktywności na co dzień dopiero próbuje się przecisnąć.

I wiecie co? Uważam, że bycie Instruktorem Fitness to najlepsze co mogło mnie w życiu spotkać. Owszem, obecne prawo polskie nie wymaga od instruktorów posiadania legitymacji, tak naprawdę każdy może nazwać siebie instruktorem i pracować z grupą. Wydaje mi się jednak, że praca ta wiążę się z wielką odpowiedzialnością za te 20 babeczek, które masz na Sali przed sobą. Które chcą się spocić, schudnąć, ale które nie mają poczucia swojego ciała i dopiero uczą się właściwych wzorców ruchowych.

Jestem instruktorem, prowadzę treningi grupowe, ale nie jestem trenerem, dlatego nie zabieram się za układanie treningów pod jedną osobę.

Ja mam  grupę, kroki, muzykę, podstawowe ćwiczenia wzmacniające. Ma być fun, zabawa, ruch, ale też świadoma praca nad ciałem. Jeśli chcesz zostać Instruktorem – polecam Ci to gorąco! Pamiętaj jednak o tym, by sprawdzić swoje predyspozycje do tego zawodu i wybrać odpowiednie szkolenie.

 

Kajka

Udostępnij


Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz