Jestem wege – moja historia

Jestem wege – moja historia

Dlaczego wybrałam weganizm? Nie bez powodu. Taki, a nie inny styl życia kreował się we mnie od najmłodszych lat. Jest to trochę pod prąd dla współczesnego świata, ale w zgodzie z samą sobą, zdrowiem i światem natury.

Wszystko zaczyna się w odległych czasach dzieciństwa. Pamiętam jak dziś godziny spędzone na podwórku. Tysiące przebytych kilometrów w lasach z tatą. Setki spacerów z mamą wśród łąk i pól. Równie dobrze wspominam godziny spędzone z babcią na doglądaniu gospodarstwa – ona zajęta plewieniem, pielęgnowaniem roślin czy ich zbiorem, a ja zajęta  obserwacją ciekawszych rzeczy. Śledziłam życie wywracających się żuczków. Wysyłałam biedronki „do nieba, po kromeczkę chleba”. Towarzyszyłam mrówkom w ich ciągłej wędrówce i pracy. Po deszczu ratowałam dżdżownice, które licznie wychodziły na ulice. Zbierałam duże, nagie ślimaki i ukrywałam je w trawie przed moją mama (ona zaś likwidowała je solą – a ja zanosiłam się płaczem, gdy widziałam, jak zwijają się z bólu). Tak samo ślimaki winniczki – nie raz zamiast wrócić prosto do domu po szkole, zajęta byłam ich zbieraniem z ulicy na trawę, by nic się im nie stało.

Nigdy nie zapomnę tej dziecięcej prostej miłości do zwierząt, jaką obdarzałam każde stworzenie. Ta miłość towarzyszy mi po dziś dzień, choć teraz objawia się w inny sposób.

Już wtedy ukochałam sobie wszystkie pieski, które rodziła nasza suczka, choć z całej gromadki, która zawsze była liczna, w domu mógł zostać tylko jeden z nich. Tak samo uwielbiałam małe koteczki, ale czekał je taki sam los jak pieski – bardzo to opłakiwałam. Uwielbiałam małe kurczątka, które po wykluciu razem z kwoką, siedziały w domu, za piecem kaflowym. Szkoda było mi tylko tych kogutków, które po podrośnięciu zabijano – tylko dlaczego? Nienawidziłam sobotnich rytuałów, kiedy były zabijane na niedzielny obiad.

Podziwiałam siłę konia, który prowadzony przez wujka wykonywał ciężką prace w polu. Widziałam, jak się męczył, pocił, jak często prychał i buntował się. Swoim małym serduszkiem rozumiałam jego ból i mu współczułam. Pewnego dnia zniknął z naszej stajni. Często też towarzyszyłam babci przy dojeniu krowy. Co wieczór wypijałam wielką szklanę pysznego mleka. Nie wiedziałam jednak, że po to, bym ja miała mleko,  krowa jest „doprowadzana” do byka, następnie cielątko jest sprzedawane, najczęściej na ubój, rzadko kiedy zostaje przy matce.

Mieliśmy też króliki, jakie one były cudowne! Puchate, delikatne, z długimi uszami. Zajadały się liśćmi mlecza czy koniczynką. Tak słodko trzęsły noskami, gdy wcinały te przysmaki. Jednak regularnie króliczki znikały. Za to przybywało wiszących stópek w stodole za domem… Podobny los spotykał gołębie, piękne, szarosrebrne, barwne, z których ponoć rosół jest najzdrowszy.

Jedno wydarzenie miało dla mnie ogromne znaczenie i odbiło swój ślad w mojej psychice – było to świniobicie. Przypadkowo wybiegłam, by jak zwykle bawić się na podwórku, kiedy akurat zabierano się za zabijanie świni… Ogłuszenie młotkiem, podcięcie gardła, spuszczanie krwi, zdzieranie skóry… Nie widziałam całego tego procesu na oczy, gdy prysnęła krew uciekłam do domu z płaczem i cały dzień nie wychodziłam z domu. Miałam wtedy 6 lat, byłam na tyle świadoma, że wiedziałam co się tam wydarzyło, ale mogłam zrozumieć po co? Jeszcze długo po zabiciu świni, w tym samym miejscu były ślady krwi…

Dług czas po tym doświadczeniu nie byłam w stanie przełknąć obiadu, nie wchodził żaden pasztecik czy kiełbaska. Wiedziałam, że to z tej świni, która zginęła jakiś czas temu. Rodzice nie przejmowali się tym buntem, jaki pokazywałam przy stole – od zawsze byłam niejadkiem, śmieją się do dziś, że żyłam powietrzem.

Tak naprawdę wolałam wcinać kluseczki na mleku, chrupać marchewkę, zajadać szaszłyki z poziomek nawleczonych na źdźbło trawy. Uwielbiałam żółciutkie śliwki o śmiesznej nazwie, słodkie truskawki, ale te twarde, zielone, kwaśne również były pyszne. Zajadałam się zielonym, soczystym groszkiem cukrowym, zerwanym na łące szczawiem, wypijałam sok z kwiatu, którego nazwy nie pamiętam. Wspinałam się na orzecha, by strącać włoskie orzechy, które swoja zieloną otulinką brudzą palce. To były moje ulubione smaki. Tak beztrosko minęło i pierwsze 9 lat życia. Pojawiały się w nim chipsy, czekoladki, słodkości – od święta lub gdy byłam chora, ale już teraz widzę, że od małego wyrastałam na typowego roślinożercę.

To nie jest tak, że żyłam jak Tarzan, rozmawiałam ze zwierzętami i chodziłam na czworakach, a zajadałam się tylko trawą, a w zimie wcinałam śnieg. To, co wymieniłam wcześniej to przysmaki, które utkwiły mi w pamięci, jako te najsmaczniejsze, ale nie jedyne. Wiadomo, musiałam w domu zjeść odpowiednie śniadanie, obiad i kolację. Często było to na przymus, ale trzeba było zjeść to i to i koniec.

Tak samo może się wydawać, że rodzina w której wychowałam się była okropna dla zwierząt. Trochę tak, bo jak zresztą u większości ludzi, są zwierzątka hodowane do zjedzenia lub do innych zadań, ale są też zwierzątka przyjaciele. Taki podział to normalna kolej rzeczy. Na wsi są bardziej szanowane, ale wciąż są one tylko po to, by człowiek mógł z nich skorzystać. Nie jest to oczywiście jedyna sytuacja, nie chcę generalizować. Chce pokazać w jakim miejscu się wychowałam i jakie wartości mimo to wyniosłam z domu. Wychowałam się w takim miejscu i taki fundament zbudowałam. Ciąg dalszy nastąpi J

Udostępnij


Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz